Pierwszym Interpretacjom towarzyszyły duże nadzieje i równie duży niepokój. Doceniano inicjatywę, było zainteresowanie widzów i dobre przygotowanie organizacyjne. Były nawet pieniądze (z nimi zawsze przecież kłopot), gwarantowane przez samorząd Katowic, który uznał festiwal za potencjalnie największą imprezę kulturalną w mieście. Nie było tylko pewności, czy Interpretacje rzeczywiście zajmą znaczące miejsce w polskim życiu teatralnym, czy może staną się kolejnym (choćby i udanym) przeglądem spektakli.

Strzał w dziesiątkę

Pomysł Jacka Sieradzkiego, autora zwycięskiego scenariusza na koncepcję imprezy, okazał się strzałem w dziesiątkę. Doświadczony krytyk dostrzegł bowiem lukę na „rynku festiwalowym” – brak przeglądu nagradzającego (w konsekwencji: promującego) sztukę reżyserii. Owszem, reżyserzy bywali honorowani przy okazji innych festiwali teatralnych, nie mieli natomiast własnej platformy konfrontacji i dyskusji. Stąd wzięło się w oficjalnej nazwie Interpretacji jasne dookreślenie: Festiwal Sztuki Reżyserskiej.

Ową platformę konfrontacji warto było stworzyć także z innego powodu. To był czas (pierwszy festiwal odbył się w 1998 roku), gdy na scenę wchodziło kolejne pokolenie. Zmiana generacyjna w teatrze nie jest niczym niezwykłym. Tym jednak razem wejście młodych zapowiadało się burzliwie. Związane było nie tylko z buntem estetycznym, ale i z potrzebą wyraźnego i… szybszego zaprezentowania swojej tożsamości twórczej w zmieniającej się rzeczywistości. Na zaistnienie w teatrze wielu reżyserów czekało bowiem wtedy latami. Interpretacje miały im start ułatwić i zwyczajnie otworzyć furtkę do konkretnych realizacji. W regulaminie pojawił się warunek: „udział do 15 lat po debiucie”. Dziś ten okres może wydać się przesadnie długi, wtedy realia były znacznie mniej przychylne młodym twórcom. Nie był to jednak festiwal debiutów; potencjalni jego laureaci musieli się wykazać już jakimś interesującym dorobkiem.

 

Uznani, spełnieni i docenieni

Założenia programowe Interpretacji spełniły się niemal w stu procentach. Nie bez wsparcia jurorów, którzy co roku wyłaniali z grupy finalistów naprawdę silną osobowość. Patrząc na listę laureatów Lauru Konrada, nie sposób nie zauważyć, że znakomita większość z nich to dziś twórcy uznani, spełnieni i docenieni. Równie cenna, jak nagroda, okazała się możliwość dyskusji początkujących reżyserów z mistrzami, których spektakle pokazywano poza konkursem. Bywało w tych rozmowach łagodnie, bywało i gorąco, zawsze – inspirująco. Także dla widzów. Późniejsza kilkuletnia rezygnacja z „kryterium wiekowego” nie obniżyła poziomu artystycznego, ale na pewno zmniejszyła znaczenie Lauru Konrada, jako nagrody promującej oryginalną twórczość młodych realizatorów.

Zielone światło zapaliły dla nich już pierwsze Interpretacje, zapamiętane choćby jako uzupełniające się, a jednocześnie kompletnie różne, realizacje sceniczne: Jerzego Jarockiego i Anny Augustynowicz. On – mistrz, ona – pierwsza laureatka Lauru Konrada. On z przejmującym emocjonalnie spektaklem „Płatonow. Akt pominięty” wg Antoniego Czechowa. Ona z nowatorską, bulwersującą (na owe czasy!), ostrą w formie i widzeniu rzeczywistości, inscenizacją tekstu Wernera Schwaba „Moja wątroba jest bez sensu albo zagłada ludu”, przyjętą przez widzów z zaskoczeniem, choć i nieskrywanym entuzjazmem. Nie ma potrzeby dywagować na temat późniejszych osiągnięć Anny Augustynowicz, jednej z prekursorek zmian estetycznych i interpretacyjnych w polskim teatrze ostatniego dwudziestolecia. Warto natomiast dodać, że na jej spektakl swój głos oddał m.in. Krystian Lupa, którego genialny „Immanuel Kant” Thomasa Bernharda pokazywany był na tym samym festiwalu w ramach prezentacji mistrzowskich. Festiwal nie przypadkiem ma w nazwie słowo „Interpretacje”, bo to klucz do wielu prezentowanych w Katowicach inscenizacji. Rzemiosło rzecz jasna zawsze w cenie, ale miarą talentu reżyserskiego pozostaje umiejętność własnego, oryginalnego czytania tekstu. Niekoniecznie klasycznego, choć w historii zmagań o Laur Konrada właśnie sceniczne dyskusje z klasyką wywoływały zażarte spory. Z perspektywy czasu wydaje się, że wszyscy zwycięzcy Ogólnopolskiego Festiwalu Sztuki Reżyserskiej pozostali jednak wierni charakterowi pisma, jaki zaprezentowali w naszym konkursie na początku (lub prawie na początku) drogi twórczej. Najbardziej chyba „oprotestowaną” bohaterką tych zmagań była Maja Kleczewska i jej Laur Konrada za reżyserię spektaklu „Woyzeck” Georga Büchnera. Zarzucano jej manipulowanie tekstem, nachalne inkrustowanie spektaklu odnośnikami do popkultury i przesycenie go brutalnością. Dokładnie tych samych argumentów użyli… obrońcy reżyserki, twierdzący, że umiejętnie odświeżyła tekst, zaskakująco powiązała go ze współczesnością i nie cofnęła się przed dosadnym pokazaniem „piekła ludzkiej egzystencji”.

Podobne dyskusje, choć już z ogromną przewagą pochwał, wywołał Krzysztof Warlikowski i jego Laur Konrada za pamiętną, wstrząsającą inscenizację „Oczyszczonych” Sarah Kane. Reżyser był już wtedy na linii wznoszącej, udział w Interpretacjach traktował jednak poważnie, upatrując w nich, jak podkreślał w wywiadach, szansy dla twórców mających odwagę mówić własnym, teatralnym językiem. I miał rację – wielu widzom właśnie to jego niezwykłe przedstawienie zapadło głęboko w pamięć. Entuzjastycznie przyjęto natomiast w Katowicach zwycięstwo „Sprawy Dantona” Stanisławy Przybyszewskiej, w reżyserii Jana Klaty, skądinąd częstego finalisty Interpretacji. Chwalono go – i w ławach jury, i na widowni – za kształt inscenizacji, pracę z zespołem aktorskim, twórcze podejście do pierwowzoru literackiego i niebywałą temperaturę emocjonalną spektaklu. Co ciekawe, emocjonalna więź z odbiorcami była chyba jednym z podstawowych, choć nigdy i nigdzie niezapisanych, kryteriów przyznawania Lauru Konrada.

 

Utytułowani klasycy

Wystarczy przypomnieć nagrodę dla Mariusza Grzegorzka za reżyserię spektaklu „Blask życia” Rebeki Gilman, spektaklu zrealizowanego do bólu tradycyjnymi metodami, ale tak balansującego na krawędzi odporności psychicznej widza, że momentami trudnego do uniesienia. Albo autorski spektakl Przemysława Wojcieszka „Made in Poland” (znakomicie sprawdzającego się w nietypowej scenerii Szybu Wilson), który przez wtopienie go w codzienność (dosłowną) górniczego osiedla „kupił” publiczność, zanim padły pierwsze aktorskie kwestie! Czy wreszcie pozornie skromny, bo oparty przede wszystkim na precyzyjnej grze aktorów, spektakl Iwony Kempy „Pakujemy manatki” Hanocha Levina, w którym reżyserka przy minimum scenicznej wystawności potrafiła wykrzesać w widzach maksimum prawdziwego wzruszenia. Laureaci Lauru Konrada – także: Grzegorz Jarzyna, Remigiusz Brzyk (dwukrotnie!), Wojciech Smarzowski, Radosław Rychcik, Marcin Liber czy Monika Strzępka – to dziś znani reżyserzy teatralni, filmowi i telewizyjni. Niektórzy są (byli) dyrektorami bądź wykładowcami akademickimi. Wszyscy odnaleźli swoje miejsce w teatrze, najczęściej nie spoczywają jednak na (nomem omen) laurach. Przez te dwadzieścia lat zmienili się wprawdzie z „początkujących zdolnych” w „utytułowanych klasyków”, ale na swój sposób pozostają niepokorni i poszukujący. Kto dołączy do tego grona w tym roku?

Autor: Henryka Wach-Malicka, dziennikarka, krytyczka teatralna