Strona główna / Interpretacje / Aktualności / Każdy reżyser ma unikalne umiejętności. Rozmowa z Michałem Szcześniakiem
Każdy reżyser ma unikalne umiejętności. Rozmowa z Michałem Szcześniakiem
Michał Szcześniak
10/01/2019

Rozmowa z Michałem Szcześniakiem – laureatem Konkursu na najlepszy spektakl telewizyjny XIX edycji festiwalu „Interpretacje”.

Spektakl „Porwać się na życie” został nagrodzony nie tylko na Festiwalu Interpretacje, ale także na Festiwalu Teatroteka Fest przez grono dziennikarzy. Został wtedy określony jako błyskotliwa komedia liryczna. Co to właściwie znaczy? Jak rozumieć to określenie?

Przeczuwam w tej wypowiedzi hołd dla Roberta Urbańskiego, autora sztuki „Porwać się na życie” i tego jak wiele zrozumienia i empatii ma dla swoich bohaterów. Również dla aktorów, którzy weszli w formę i byli zabawni w sposób brawurowy (we wszystkich dublach), ale na tyle dyskretnie, że pozwolili widzom przeżywać losy bohaterów „Porwać się na życie” i jak wynika ze spotkań po projekcjach również, a może nawet bardziej sceny ze swoich żyć. Wracając do Roberta, jego empatia i poczucie humoru udzieliły się też i mi i ekipie. Wreszcie forma teatru wprowadza w ciepło tej opowieści: scenografia, zdjęcia, tempo, nastrój, muzyka, elementy które tej brawurze zostawiały i zabierały przestrzeń, mam nadzieję, że w dobrych proporcjach dla efektu finalnego.

Jako reżyser, dostał Pan nagrodę za „poczucie humoru, wyobraźnię i dobór nieoczywistych środków artystycznych – w jaki sposób dobiera się te nieoczywiste środki? Od razu widział Pan inspiracje, „osadzając” spektakl w konwencji czeskiego humoru?

Tak. Jeszcze raz wspomnę o tekście Roberta Urbańskiego i dodam, że z Robertem natychmiast się polubiliśmy, a dalej wszystko jakoś tak dobrze nam się układało, trochę jak w czeskim filmie, ale jednak z pozytywnym zakończeniem. Wtedy nie mogłem mieć pewności, że jesteśmy na dobrej drodze do fajnej sztuki, bo „Porwać się na życie” to mój debiut na tym polu, czułem stawkę, miałem różne niepokoje, ale były też pewne sygnały, że może być dobrze. Najwięcej wiary dodawał sam tekst i zapał aktorów. Andrzej Mastalerz, Agata Kulesza i Iza Kuna kochali ten tekst od pierwszego czytania, ze scenografką Anią Wunderlich też szybko znaleźliśmy formę tej opowieści. Środki wyrazu wybrałem intuicyjnie i paradoksalnie nie miałem poczucia, że są nieoczywiste. Dziś muszę tak je nazwać. Ale wtedy wydawały mi się po prostu pasować do tej opowieści. Były oczywiste.

Co jest najtrudniejsze w pracy reżysera teatru telewizji? Czym reżyseria takiego spektaklu różni się od reżyserii spektaklu teatralnego (w podstawowym rozumieniu)?

Nie reżyserowałem jeszcze przedstawienia teatralnego, więc trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. Mogę jednak opowiedzieć, jakie było moje założenie, co do wyboru formy dla tej bardzo szczególnej teatroteki. Uznałem, że nie ma tu granicy dla wyobrażenia świata Tadzia i Karoliny już w tekście.

„Porwać się na życie” mogłoby być zarówno filmem i to filmem drogi, jak i sztuką na deskach teatru. Każdą scenę mogłem opowiedzieć statycznie, pozwalały na to genialnie śmieszne dialogi i konstrukcja, która utrzymywała suspens. Mogłem się jednak faktycznie też skupić się na dynamice podróży, ucieczki głównych bohaterów do miejsca wymarzonej idylli: Płocka.

Pamiętam rozmowy z panem Pawłem Mantorskim, kierującym produkcją teatrotek. Ostrzegał mnie, żebym przypadkiem nie marzył o zapisanych scenach pościgów, zachodach słońca, krajobrazach, przez które mknie samochód bohaterów. Budżet na to nie pozwalał. Od początku jednak widziałem te elementy w realizacji „Porwać”, tyle że w formie abstrakcyjnych projekcji wielkoformatowych niedoskonale imitujących rzeczywistość, celowo przesterowaną m.in. w zbyt jaskrawej kolorystyce.

Moje „Porwać się na życie” składa się jednak równocześnie ze scen filmowanych w jednym kadrze, a więc odrębnych i zrealizowanych metodą teatralną. Podczas projekcji kinowych widz jest wobec aktorów w takiej samej odległości i na takim samym krzesełku, jak w teatrze. Mam nadzieję, że i przed telewizorem poczuje się podobnie.

Kiedy zaczynał Pan studia, który z segmentów wydawał się bardziej interesujący: reżyseria spektakli, filmów fabularnych czy dokumentów? Jak jest teraz?

Wtedy filmów, dziś nie umiem udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Pokochałem teatr o wiele mocniej.

Reżyseruje Pan także film dokumentalny „Punkt wyjścia”, „Sashka, Sashka”, „Szkoła podrywu”, „Sashka, Sashka”. Mamy do czynienia z paradoksem – z jednej strony jest to dokument, z drugiej strony, ta forma jest reżyserowana – na czym polega reżyseria takiego dokumentu? Jakie spotyka się trudności w takiej pracy?

Trudnością jest poszukiwanie bohatera. A w poszukiwaniu zaufanie własnej intuicji. Paradoksalnie tego też trzeba się nauczyć. Potem najważniejsze i czasem trudne jest zbudowanie wzajemnego zaufania bohatera i reżysera. Ja miałem to szczęście, że zaprzyjaźniłem się z bohaterami i bohaterkami wspomnianych filmów.

Poza reżyserią, studiował Pan grafikę i socjologię. Obie dziedziny silnie wpływają na obraz świata i sposób na jego patrzenie – rzeczywisty i fabularny. Z Pana perspektywy, podczas pracy przy którym filmie/spektaklu/projekcie były Panu pomocne najbardziej? W którym momencie Pana pracy czuł Pan radość z posiadania takich narzędzi (których – mimo wszystko – nie posiada większość reżyserów)? Czy zauważa Pan, że możliwość z ich korzystania daje Panu „przewagę” nad innymi twórcami?

Myślę, że każdy reżyser ma unikalne umiejętności. Nawet jeśli przesiedział dzieciństwo na łące, albo w fabryce, nie ukończył żadnych studiów, w szkole podstawowej nie czytał. Może nawet wtedy jego cechy szczególne są ciekawsze. W moim wypadku kierunki studiów chyba zdradzają do których elementów filmu i sztuki przywiązuję największą wagę. Socjologia inspiruje mnie do nadawania sytuacjom, bohaterom uniwersalności. Grafika i ilustracja pomaga mi opracowywać formę plastyczną, scenografii. Od scenografii zaczynam prace tak nad filmem. Tak było w przypadku teatroteki „Porwać się na życie”.

Po premierze filmu dokumentalnego „Punkt wyjścia” o osadzonej za morderstwo Anecie, która pomaga Pani Heli w ośrodku pomocy społecznej, w jednym z wywiadów powiedział Pan, że świat kobiet jest niedowartościowany. Czy ma Pan poczucie, że po czterech latach coś się zmieniło? Mówi się teraz o nurcie kobiet w reżyserii, kobiety stają się głównym „tematem dla teatru” (tj. w przypadku zwycięskiego spektaklu Darii Kopiec – Zakonnice odchodzą po cichu”).

Zmieniło się wiele. Dziś film z Polski opowiada o kobietach często. Dokumentalny: Over The Limit, Marty Prus, Komunia, Anny Zameckiej, Joanna, Anety Kopacz. Częściej główne role kobietom daje też wreszcie fabuła: dowodem filmy Pawlikowskiego, Smoczyńskiej, Jagody Szelc (moim zdaniem wciąż niedostatecznie doceniona „Wieża, jasny dzień”). W teatrze kobiece główne role to specjalność choćby Darii Kopiec laureatki wielu nagród, w tym głównej na Interpretacjach za „Zakonnice odchodzą po cichu”, Bogusław Linda wciąż wystawia „Tramwaj zwany pożądaniem”, Julia Kijowska gra też przecież „Spowiedź motyla” w Ateneum, niezwykle aktywna jest wciąż Krystyna Janda kolejny sezon możemy oglądać monodram „Ucho, gardło, nóż”.

Wreszcie ja też kończę fabułę z kobiecą główną bohaterką i bardzo mocną główną rolą wspomnianej Julii Kijowskiej „Fisheye”. To ten film przepowiadałem, a może już zapowiadałem wtedy. Notabene scenariusz pisałem z laureatem Teatroteka Fest Szymonem Bogaczem. Od czasu tamtej wypowiedzi nakręciłem jeszcze jeden krótki film o głównej bohaterce „Spitsbergen”, z fenomenalną Magdą Czerwińską. Wypowiedź więc na szczęście straciła na aktualności, ale w tym czasie odkrywałem, jak wiele jest w Polsce genialnych aktorek.

Czy jest Pan na etapie, w którym jako reżyser, może Pan stwierdzić, że ma Pan swój własny, określony język reżyserii, czy przyjmuje Pan postawę „reżysera otwartego”, nie ograniczającego się do wybranej formy?

Mam styl i szukam równocześnie. Mój styl częściowo polega na nieustannym poszukiwaniu, ale też doprowadzeniu pracy reżyserskiej do zamknięcia realizacji w bardzo konkretnej formie.

Gdyby miał rozwinąć tytuł spektaklu i subiektywnie wyjaśnić, co to znaczy „porwać się na życie”? (w kontekście spektaklu i w ogólnym znaczeniu).

Oznacza: porwać kobietę swojego życia, czego wszystkim oglądającym życzę. Choć jeszcze bardziej, żeby odkryli, że już ją porwali (albo jego). Z obawą stwierdzam, że spektakl zdaje się bardzo inspirujący dla panów. Nie było jeszcze pokazu bez pytania o usypiające pigułki, które Andrzej Mastalerz- Tadek podaje Karolinie- Agacie Kuleszy. Pytany jestem o markę, gdzie kupić.

Warto porywać się na życie? 🙂

Jeśli tylko ma się tak dobre intencje, jak główny bohater Reatroteki to tak. Dziś. Teraz.

Rozmawiała Patrycja Sawicka

Kategoria: Aktualności

Zobacz również: